Ustaw jako domową Dodaj do ulubionych Drukuj Wyślij e-mail
ENTRE.PL Team
Zawodnicy
Galerie
Artykuły
Linki
Tapety
Forum
Trasy biegowe

Nagrody

Aktualności

GP Żoliborza 2011 - wyniki
Kupno zdjęć
Konkursy

Strona główna

O nas
Kontakt
Prasa
Regulamin
Statut
Zasady przyjmowania nowych członków
Portfolio
Fanklub

Forum klubowe

E-TRENER
Informacje o trenerze
Trenowani zawodnicy
Pomoc i porady
Artykuły
Kontakt

Zadaj pytanie

Organizowane biegi
V WIELKA URSYNOWSKA
17. Bieg Mikołajkowy - 10km
17. Bieg Mikołajkowy - biegi dzieci
7 Bieg Entre - Integracja
I Żoliborski Cross Nadwiślański
XVI Żoliborski Bieg Mikołajkowy
XVI Żoliborski Bieg Mikołajkowy- dzieci
6. Bieg ENTRE.PL
GP Żoliborza 2011
15 Bieg Mikołajkowy - dzieci
15 Bieg Mikołajkowy - dorośli
V Bieg ENTRE.PL - dzieci
V Bieg ENTRE.PL - dorośli
14 Bieg Mikołajkowy - dorośli
14 Bieg Mikołajkowy - dzieci
IV Bieg ENTRE.PL - dorośli
IV Bieg ENTRE.PL - dzieci
III Bieg ENTRE.PL - 10 km
III Bieg ENTRE.PL - Dzieci
II Bieg ENTRE.PL - 10 km
I Bieg ENTRE.PL - 10 km
I Bieg ENTRE.PL - dzieci
Zawody
Terminarz
Wyniki
Foto sklep
Plik cyfrowy
Wydruk zdjęć

Aktualności
10-10-2017
Ruszyły zapisy do XI Górskiego Biegu ENTRE

25-09-2017
Beata Andres - III Miejsce Open Kobiet w XVII Maratonie Warszawskim

16-09-2017
Filip Babik triumfatorem II Bielańskiego Biegu Dzika na 5km! 

13-09-2017
Podium dla Beaty Andres w Warsaw Track Cup 2017

24-07-2017
Beata Andres Mistrzynią Polski Masters w biegu na 5 km

17-07-2017
Walne Zebranie Stowarzyszenia ENTRE.PL Team - podsumowanie


Archiwum

23-09-2007

29. Maraton Warszawski oczami Darka

Darek Rosa


To mój drugi tegoroczny maraton. Wiosną we Wrocławiu spełniłem moje biegowe marzenie i złamałem granicę trzech godzin (2.56.45.). Było pięknie.
Kiedy opadło zmęczenie natychmiast pojawiła się myśl o wzięciu udziału w Biegu Rześnika. Start w tym długodystansowym biegu górskim również wypadł świetnie i trochę nieoczekiwanie dla siebie, na początku lipca, miałem zrealizowany plan kluczowych tegorocznych startów. Dusza biegacza jednak nie znosi braku sportowych celów i kiedy „porześnicki” ból nóg ustąpił coraz natarczywiej domagała konkretów w tej kwestii. Ponieważ zaczynało to być męczące, w porozumieniu z Wojtkiem Starzyńskim (autorem wszystkich moich planów treningowych), postanowiłem uciąć dyskusje z duszą, wykorzystać wykonaną w pierwszej części roku pracę i powalczyć o poprawę wyniku podczas Maratonu Warszawskiego. Dusza z aprobatą zamilkła, a ja od połowy lipca zacząłem realizować przygotowany przez Wojtka plan treningowy. Specyfiką tego planu, którą poznałem już wiosną, jest stosunkowo nieduża liczba treningów z szybkościami startowymi, co wymaga od trenującego zaufania i wiary w skuteczność tej metody. Mimo tego, że wiosną dało to świetne rezultaty, kilka razy miałem momenty zwątpienia biegając na treningu z trudem w tempie 4.30/km (przy planowanym startowym poniżej 4.10.). Cuda w takiej sytuacji działa wiara w Trenera.
Bardzo szczęśliwie udało mi się zrealizować BPS w 100%, co zawsze daje silne wsparcie psychiczne w trudnych chwilach, nieuniknionych w każdym starcie.
Im bliżej było 23-go września tym moje zdenerwowanie i niepewność rosły. Niby treningi przebiegały zgodnie z planem, niby omijały mnie choroby i kontuzje, a mimo to czułem się słaby. A to zaczęła mnie boleć jakaś dawna kontuzja, a to czułem że jutro to już na pewno będę chory, a to ………… i tak wkoło Macieju. Jak nie przymierzając jakaś Baba! Ostatni tydzień to już nie przelewki. Dystans mnie przerażał, tempo przerastało, warczałem na bliskich tylko resztkami rozsądku starając się jakoś unikać zwarcia. Apogeum histerii przedstartowej nadeszło oczywiście w sobotę. Nie ma co ukrywać byłem nie do zniesienia.
Na ratunek przyszli organizatorzy MW planując na sobotnie popołudnie sztafetę EKIDEN. Najpiękniejsza jesienna pogoda, ślicznie w tych okolicznościach przyrody wyglądająca Starówka i biegacze walczący na 7-o kilometrowej pętli (GDZIE KIBICEśśśś!!!!!!!!!!!) to znakomite lekarstwo. Na dokładkę ENTRE.pl wygrało! To znaczy Wygraliśmy !. O wieczorze wolę zapomnieć. Jak tylko zeszliśmy z trasy EKIDEN-u histeria startowa znowu dopadła mnie na całego. Trochę uciszyłem ją przygotowaniami do biegu (oklejanie butelek z isostarem, strój itd.) ale … trochę. Noc…. no cóż, była noc między sobotą i niedzielą i dobrze się jej przyjrzałem.
Niedzielny poranek według sprawdzonych reguł. Pobudka przed szóstą, menu startowe (jajka, bułka, musli z jogurtem) przygotowanie isotoniku, oraz jak zwykle rozstrój żołądka. Przed ósmą lekko spanikowany wyszedłem z domu. Pogoda jest prześliczna, jesień w najpiękniejszym swoim wydaniu: bezchmurne niebo, ciepło, sporo już złotych liści na drzewach. Idealny dzień żeby spędzić go na trasie maratonu. Parkuję samochód 400m od startu i w grupce posiadaczy żółtych depozytowych worków wędruję żeby przekazać isotonik naszemu Generatorowi Wskrzeszeń. Ponieważ organizatorzy tym razem nie zapewnili możliwości korzystania z własnych odżywek na trasie Renata i Darek z grupą ochotników perfekcyjnie zorganizowali cztery ENTROWE punkty z odżywkami. Będzie jeszcze o tym (!). Mimo, że do startu pozostała godzina, wokół mety jest już mnóstwo ludzi, truchtają, rozciągają się, przebierają ale przede wszystkim rozmawiają o bieganiu. W powietrzu fruwają urywki zdań:” a moje nowe starówki…”, „ …. oj może być dzisiaj gorąco.” , „… byle do 35-o km…..”… i am from Japan….” . Kolorowy, gęstniejący, wielojęzyczny tłum połączony niezrozumiałą dla większej części ludzkości ideą czerpania radości z kilkugodzinnego wysiłku. W tłumie odnajduję Konrada i Filipa, a po chwili docierają na rowerach Renata i Darek żeby pozbierać odżywki do rozwiezienia na wyznaczone punkty trasy. Każdy ma przygotowane buteleczki z miksturami, których receptura pozostaje tajemnicą, a ich głównym zadaniem jest wsparcie psychiki zawodnika na trasie. Zauważalna jest pewna prawidłowość: im lepszy planowany wynik tym mniejsze buteleczki. Daje do myślenia. Wszystkim dopisują humory, choć trochę nerwowo żartujemy na temat przygotowań, planowanych wyników i tego co czeka nas czeka. Te ostatnie spokojne chwile przed startem mijają błyskawicznie i orientujemy się, że czas zacząć rozgrzewkę. Rozchodzimy się. Po drodze spotykam nieodmiennie uśmiechniętych Braci Celińskich, wymieniamy pozdrowienia i życzymy sobie powodzenia na trasie. Wracam do samochodu zostawiam plecak i zaczynam truchtać w Parku Krasińskich. Ze wszystkich kierunków w stronę startu ciągną pojedynczo lub grupami biegacze, pozdrawiamy się gestem uniesionej dłoni. Poranny park jest spokojny i cichy zapewnia idealną scenerię dla rozgrzewki. Staram się wolniutko truchtać ale najwyraśniej emocje sprawiają, że z trudem utrzymuje tętno na poziomie rozgrzewkowym. 10 minut i znowu do auta, tym razem przebieram się już w strój startowy i ruszam oddać depozyt i dokończyć rozruch już w okolicach startu. Nieoczekiwanie orientuje się, że bliskość startu działa uspokajająco, a napięcie towarzyszące mi od kilku dni ustępuje. Truchtam spokojnie, wyławiając z pośród biegaczy znajome sylwetki: Zet (Zbyszek Zawadzak) jak zawsze niezwykle skupiony, na pytanie jak jest odpowiada krótko „kiepsko” co wolnym przekładzie oznacza SUPER jest forma! (znalazło to potwierdzenie na mecie gdzie Zbyszek ustanowił znakomity rekord życiowy łamiąc 2h50), Deck, Fil, GrzegoszP, Piotrek Siepietowski (mój rześnicki partner z ubiegłego roku). Rozciąganie, obowiązkowa kolejka do Toi toi i czas ruszać na start. Biegaczy jest naprawdę mnóstwo, to chyba rekord frekwencji tego biegu. Szeroka ulica jest szczelnie wypełniona wielobarwnym tłumem. Zdaje sobie sprawę, że trochę zbyt póśno przyszedłem i przeciskając się udaje mi się dotrzeć ledwie jakieś 80m od linii startu. Tych kilka minut które pozostało do startu spędzam już tylko ze sobą, ktoś przez głośniki coś mówi ale nie rozróżniam słów, nie dostrzegam też już nic poza najbliższym otoczeniem, jestem mocno skupiony. Pada strzał i składające się z 2,5 tysiąca komórek ciało Maratonu Warszawskiego 2007 rusza, kiedy głowa złożona z elity biegaczy już pędzi korpus, którego jestem częścią posuwa się w ślimaczym tempie, w stronę bramki startowej drobiąc kroczki niemal w miejscu. Przekraczam elektroniczną bramkę i w tym momencie rusza mój zegar. Tłok jest ogromny. Wyrzucam sobie gapiostwo i ruszam przeciskając się przez tłum startujących . Pierwsze dwa kilometry to nieustanny slalom pomiędzy wolniejszymi biegaczami, który kończy się dopiero przy wbiegnięciu w Marszałkowską. Mimo tłoku udaje mi się nie przegapić oznaczenia 1-go kilometra. 4’14, oddycham z ulgą, co prawda to trochę wolno ale jak na warunki startu nie jest śle. Na placu Teatralnym pierwsza grupa żywiołowo kibicujących z londyńskiego autobusu dzieciaków.
Na szerokiej alei Marszałkowskiej robię pierwszy „remanent”, zaczynam nareszcie odbierać sygnały dochodzące z mojego organizmu: nogi, brzuch, tętno… wydaje się że nie jest śle. Opadła już startowa gorączka i staram się teraz uporządkować myśli. 3-i kilometr na wysokości Sezamu 4’10, dobrze, mijam kolejnych biegaczy kontrolując puls. Na wysokości Rotundy z chodnika mobilizuje mnie okrzyk Andrzeja Starzyńskiego. 4km - 16’52 nie jest śle, chociaż lekko poniżej planu. Na rogu Marszałkowskiej i Pięknej doganiam dużą grupę biegnącą z pacemakerem na 3h w której dostrzegam sylwetkę Alexa Celińskiego, wyprzedzam ich na Koszykowej ze zdziwieniem łapiąc czas na 5km 3’39!ś! To chyba niemożliwe! Nie zastanawiam się nad tym zbyt długo. Aleja Szucha, pierwszy punkt z napojami (nigdy nie nauczę się pić z kubka) i za chwilę pierwsi biegacze którzy już tutaj mają kłopoty. 6-y km 4’04 pierwszy kilometr zgodnie z przedstartowymi założeniami. Z ulicy Bagatela wbiegam w Aleje Ujazdowskie, i tu stawka zawodników bardzo już się rozciągnęła. Zaczynam wypatrywać żony, która z młodszą córką miała wyjść żeby podać mi buteleczkę z isostarem. 7-y km 3’28!! Nie to niemożliwe, musi być błąd w oznaczeniach. Moje wsparcie dostrzegam na wysokości ambasady amerykańskiej kiedy już traciłem nadzieję, że się spotkamy, mobilizujące okrzyki, uśmiech, łapię buteleczkę i już mnie nie ma. 8-y km 4’58! Zawsze miałem kłopot z utrzymaniem tempa ale żeby aż takś! Kto robił te oznaczeniaś! Na rondzie de Golla doganiam grupkę, w której widzę koszulkę ENTRE, z chodnika Andrzej Starzyński pomaga mi okrzykiem: Brawo Darek! „łap się grupy! Przez chwilę mam taką pokusę ale po chwili orientuje się, że biegną trochę za wolno. Wyprzedzam ich na rogu Nowego Światu i Świętokrzyskiej. 9-y km 3’36. Zdecydowanie żółta kartka za oznaczenia kilometrów na tym odcinku. Z tyłu ktoś krzyczy „powodzenia ENTRE” jestem tak skupiony, że nie biorę tego do siebie, dopiero poprawka „powodzenia Darek” dociera do mnie, okazuje się że właśnie wyprzedziłem Sunexplorera, klubowego kolegę z Łodzi. Plac Piłsudskiego, i 10km w bramce Adidasa na Wierzbowej 3’51 (za szybko), tu też pierwsza pewna kontrola prędkości 40’35 - to szybciej niż w planie. Ponownie, tym razem w przeciwnym kierunku mijam londyński autobus z kibicami i wpadam na Plac Zamkowy (trzeba przyznać że trasa jest naprawdę efektowna), staromiejski bruk to nie najlepsze podłoże do biegania ale cóż robić. 11km 4’01, Sanguszki i Bonifraterska, miejsce startu. Na placu Krasińskich jest nawrót i widzę nadbiegającego z przeciwka Fila i Sylwka, pozdrawiamy się, mają nade mną dobrych kilkaset metrów przewagi. Łapię 13-y km (dwa ostatnie w 7’58) szybko. Na 14-ym mamy pierwszy z czterech zorganizowanych przez Renatę i Darka punktów z odżywkami, jest! Już go widzę Magda w czerwonej koszulce i Pebe: uśmiech, mobilizujący okrzyk, wyciągnięta ręka Magdy bezbłędnie podaje moją buteleczkę. To działa! I to genialnie! Nieprawdopodobny komfort psychiczny. 14km 3’54. Na tym odcinku kontroluję tylko tętno nie odczytuję na bieżąco międzyczasów. Przez most gdański biegnę w towarzystwie jakiegoś Włocha, wyprzedzam go przez zbiegiem na Wybrzeże Kościuszkowskie, na ślimaku wyprzedzam jeszcze biegacza w koszulce Akademii Obrony Narodowej. 15km 4’04, na wysokości ZOO, punkt z napojami, fantastyczne dzieciaki kibicujące i serwujące wodę isotonik i gąbki. Są naprawdę świetnie, żywiołowe i sprawne. Biegnę spokojnie kontrolując puls, jak dotąd, wszystko układa się pomyślnie, trochę niepokoi mnie nawet, że zbyt dobrze. 16-y 3’55 .Do mostu Świętokrzyskiego (jest naprawdę ładny) wyprzedzam kolejnych biegaczy. 17-y km . 4’14. Dobra. 18-y 3’58. Karowa . 19-y 4’00. Na Wisłostradę wybiegam tuż za trzyosobową grupką biegnącą, jak mi się wydaje w odpowiednim dla mnie tempie. W tunelu Wisłostrady trzymam się kilka metrów za nimi. 20km 3’58. Nieoczekiwanie, lekki podbieg przy wyjściu z tunelu mocno czuję w nogach. Owocuje to falą niepokojących myśli o tym, że to dopiero półmetek i, że nie dam rady. Szczęśliwie udaje mi się je chwilowo przegonić. 21km 4’07. Półmetek na rogu Solca i Wisłostrady. 1.25.35 to dwie i pół minuty szybciej niż wiosną we Wrocławiu czy aby nie przesadziłemś Fala myśli o tym, że utrzymanie tego tempa daje 2h50, a z drugiej strony, że przeszarżowałem i czeka mnie klęska w drugiej części dystansu. Zaczyna się długa prosta do Wilanowa, trudny psychicznie odcinek trasy. Mała grupa w której biegnę zaczyna się rwać , 22km 4’06. Najpierw odrywa się jeden z biegaczy, za nim rusza drugi, trzeci z kolei nie wytrzymuje tempa i zostaje z tyłu. Mijamy Torwar, kolejna fantastyczna grupa dzieciaków na punkcie odżywczym, ul. Szwoleżerów (ach żeby tak już być tu z powrotem!) 23km 4’09 . Niespodziewanie z naprzeciwka na rowerze nadjeżdża Magda pozdrawiając mnie z fantastycznym uśmiechem, niezwykłe jest, jak to na mnie korzystnie działa. Na 24-ym kilometrze ma być zlokalizowany kolejny punkt z odżywkami ENTRE, jest 24-y kilometr 4’09 ale punktu nie ma! Lekka panika wkrada się do mojej głowy czyżby coś złego się wydarzyłoś Na szczęście odnajdują się na 25-ym km 4’08. Dostaję butelkę z rąk Piękniejszej połowy Generatora Wskrzeszeń. Uśmiechnięta Renata zagrzewa mnie do wytrwałości. Są wspaniali. Ta pomoc jest nie do przecenienia. Czuję przypływ energii, naprawdę! nagle odpływa ze mnie zmęczenie 26km 4’00. Szybko okazuje się jednak, że zmęczenie ustąpiło tylko po to by na kolejnym kilometrze uderzyć ze zdwojoną siłą 27km 4’14. Koniec żartów, znowu zalewa mnie fala zwątpienia, dopiero na horyzoncie rysuje się kopuła kościoła w Wilanowie a ja czuję, ze zaczynam mieć dosyć. To nie może się udać. Staram się skupić na biegu, odepchnąć czarne myśli i nie dać się im zakotwiczyć. 28km 4’09 wyprzedzam jednego z biegaczy który oderwał się ode mnie na półmetku i dostrzegam kilkaset metrów przed sobą sylwetkę biegacza w koszulce ENTRE. Któż to może byćś Zbliżam się do niego i orientuje się że to Sylwek . 29km 4’10. Coś złego musiało mu się przydarzyć, biega przecież znacznie szybciej ode mnie. Mijam go tuż przed skrętem w Wilanowską z przekonaniem, że to przejściowy kryzys i za chwilę na pewno mnie wyprzedzi, obserwowałem to już przecież podczas ostatniego półmaratonu w Radzyminie.
Na naszym kolejnym punkcie z odżywkami Brzydsza połowa Generatora Wskrzeszeń już czeka z przygotowaną buteleczką mojego isotoniku. O rany! Darek! Byłeś mi w tej chwili najbliższą osobą na świecie! Bez żadnej przesady. 30km 4’11. No to definitywnie koniec rozgrzewki i naprawdę zaczynamy maraton. Czuję w nogach niepokojący ciężar, straciły elastyczność i twardo odbieram każde odbicie od asfaltu. Mam wrażenie, że uda zmieniły się w sztywny kawał drewna. Mobilizuję siły i biegnąc ul. Sobieskiego zaczynam zbliżać się do kolejnych biegaczy 31km 4’04, 32km 4’01 wyprzedzam ale to przyśpieszenie kosztuje mnie mnóstwo sił nadchodzą kłopoty 33km 4’20 to najwolniejszy kilometr dotychczas. Mobilizuje to jakieś dobrze ukryte dotychczas zasoby mojej energii. Z Witosa wbiegamy na Czerniakowską spotykając nadbiegających z przeciwka biegaczy na 24-ym kilometrze. Oni to dopiero mają słabo! Jeżeli to możliwe jeszcze bardziej zamykam się w sobie. Z mgły dobiega mnie okrzyk Mel chociaż jej samej nie dostrzegłem. Podziałało! Chełmska, Czerska 34km 4’04. Od dwóch kilometrów staram utrzymać się za biegnącym przede mną bez widocznego wysiłku młodym biegaczem z malutkim camelbackiem w czerwonej koszulce i przez chwilę wydaje mi się że mam szansę go doścignąć ale niestety on zaczyna przyśpieszać, a ja nie jestem wstanie. Jednak także wyprzedzam biegnących, którzy w tym miejscu zderzyli się ze ścianą, oby do 36-go kilometra myślę nagle! Irracjonalnie chwytam się tej myśli, chociaż tam przecież nie ma mety! Ale na tą refleksję już mnie nie stać, nagle 36-y kilometr staje się kluczowy. Byle dobiec. 35-y - 4’09. Wisłostrada. Czerwona koszulka zaczyna się oddalać wciąż jednak mijam innych biegaczy. 36-y 4.13. Jestem tu gdzie chciałem! No i co z tegoś No nic do diabła przecież do mety jeszcze ponad 6km! Zaczyna się długa prosta ulicy Szwoleżerów. 37ś No jasne! Przecież tam jest nasz ostatni punkt z odżywkami! Oby tam dotrzeć. Przestawiam drętwe nogi czując, że zwalniam . Jakże długa jest dzisiaj ta ulica, cóż to za pomysł, żeby budować takie długie proste ulice! Architekt nigdy nie był na 37-ym kilometrze maratonu. Drań! Jest nasz punkt! Nie rozróżniam twarzy widzę tylko dużą kartkę z napisem ENTRE i dochodzi mnie okrzyk Pawła Zacha „ dawaj Darek, dobrze wyglądasz i dobrze biegniesz!” jakimś cudem w mojej dłoni zjawia się butelka z isotonikiem, kątem oka dostrzegam jak mi się zdaje, sylwetkę Rafała. Wreszcie koniec tej piekielnej ulicy (ufffff), i razem ze skrętem w Myśliwiecką czuję przypływ nadziei. Wyraśnie okrzyk Pawła we właściwym momencie wybił mnie z letargu. Dzięki Pawle! 37km 4’15. W perspektywie ulicy dostrzegam sylwetki Roberta Celińskiego i Fila są w takiej odległości, na dokładkę dzieli mnie od nich jeszcze kilku biegaczy, że nie widzę który z nich jest pierwszy. Podnosi mnie to jednak na duchu, skoro widzę w tym miejscu znacznie szybszych ode mnie biegaczy to nie może być śle. Patrzę na stoper próbując dokonać obliczenia na jaki wynik mam szanse, ale to próżny trud. Nie jestem w stanie wykonać najprostszego działania. Przebiegam pod mostem trasy łazienkowskiej i kolejna niespodzianka, dwieście metrów przede mną rozpoznaję sylwetkę Wojtka Staszewskiego. Czepiam się wzrokiem jego żółtej koszulki i… zaczynam się do niego zbliżać! Zajmuje mi to co prawda całą długość Rozbrat ale przy skręcie w Ludną dochodzę go. Czuję, jakbym poruszał się w ośrodku wielokrotnie gęstszym od powietrza, wyraśnie zwalniam, ale mimo to doganiam go, jemu musi mu być jeszcze trudniej. W chwili, gdy znajduje się tuż za jego plecami, odwraca się i widząc mnie przyśpiesza, nie stać mnie już na żadną próbę podjęcia walki, ale kiedy godzę się już z tym, że mi ucieknie, Wojtek nieoczekiwanie zwalnia. „Myślałem że uda mi się dogonić Fila” mówi „ale chyba jest już za póśno”, może jednak się uda odpowiadam i wyprzedzam go. Przegapiłem gdzieś oznaczenie 38-go km i na 39-ym łapię czas ostatnich dwóch 8’36, nie patrzę na stoper, zaznaczam kolejne kilometry ale nie jestem wstanie skupić wzroku na wyświetlaczu. Skręcam w Solec i widzę Fila jakieś 200m-300m przede mną! Człapię, mam wrażenie jakbym niemal stał w miejscu, a nogi mam z ołowiu jednak sylwetka Fila jest coraz bliżej. 40-y km 4’13. Na punkcie odżywczym przy BUW-e dzieci są fantastyczne ale niemal utopiłem się próbując łyknąć jeszcze wody z kubka. Ratowanie siebie przed utonięciem, trochę odwróciło moją uwagę od trasy oraz pogoni za Filem i kiedy skręciłem w Karową i oprzytomniałem, zobaczyłem plecy Fila ledwie 50-ąt metrów przede mną! Na Wisłostradę wybiegłem tuż zanim. Na 41ym km (4.15) kiedy go wyprzedzałem, Fil powiedział: „ tym razem to ja będę oglądał twoje plecy, ale nie jest to przykry widok - dodał” coś odpowiedziałem ale chyba niezbyt składnie. Przed nami ostatnie, szerokie i proste 1195m Wisłostrady. Gdzieś z dobrze okrytych dotychczas zakamarków wydobywają się jakieś resztki energii co sprawia, że zaczynam przyśpieszać! Ja biegnę! Po ostatnich kilku kilometrach kiedy miałem poczucie że snuję się niczym senna mara, odzyskałem zdolność pokonywania przestrzeni biegiem! Kiedy po 100-u metrach wybiegam spod mostu Śląsko Dąbrowskiego i widzę ten ostatni kilometr w całej okazałości z malutkim rusztowaniem mety na końcu, ogarnia mnie zwątpienie. Nie dam rady! Jednak biegnę dalej, jeszcze trochę, chociaż do pierwszych banerów, szybciej, wyprzedzam jeszcze jednego zawodnika i wciąż biegnę! To się może udać! Na początku dwustumetrowego szpaleru kibiców rozpoznaję sylwetkę Żony i naszej córki, machają mi i krzyczą w towarzystwie Janka Wróblewskiego, który swoim zwyczajem zagrzewa finiszujących na ostatnich metrach, dodając sił. Zgodnie ze wskazówkami Janka pochylam się do przodu i zaczynam biec rytmem, a poza metą, na końcu długiego tunelu nie widzę już kompletnie nic. Biegnę w tym tunelu a meta rośnie! Widzę już zegar, który wskazuje 2h53min - nie mogę w to uwierzyć! Wpadam na metę, przecinam elektroniczną bramkę, i zatrzymuję mój stoper. Patrzę na niego i mam czas ostatniego odcinka 1,195km 4’39 i całego biegu 2h53min00s! Niewiarygodne - poprawiłem swój rekord życiowy o 3min i 45s! Nie mogę w to uwierzyć, nie marzyłem nawet o takim wyniku. Dostaję medal, torbę z prezentami, a jakieś dobre ręce okrywają mnie folią. Kręcę się półprzytomny w kółko nie wiedząc co dalej ze sobą zrobić, trafiam na Roberta Celińskiego i gratulujemy sobie wzajemnie wyników. Odwracam się i widzę, że w międzyczasie na metę przybiegł Fil, też sprawiający wrażenie lekko zdezorientowanego i rozgląda się dookoła. Podchodzę do niego i dziękujemy sobie za wspólny bieg. Pierwszy raz udało mi się z nim wygrać. Ruszam do rodziny, ale wciąż mam wrażenie nierealności tego co się zdarzyło, jakbym nie brał w tym udziału.
Odnajduję je kibicujące kolejnym biegaczom i zawieszam Oli na szyi medal, jej twarz promieniuje szczęściem! Uściski poklepywania czysta radość. Udało się! Drugi raz w tym roku poprawiłem rekord życiowy w maratonie. Od 2005 roku o ponad 25 minut.

Zakładam coś cieplejszego i ruszam żeby troszkę potruchtać, odnaleść Wojtka i dowiedzieć się jak poszło innym. Pod sceną natykam się na Wojtka i Jarka i okazuje się, że poszło im świetnie! Wojtek poprawił swój rekord życiowy, śrubując go do niesamowitego poziomu, Kostek zaś pobiegł świetnie, co razem z doskonałymi wynikami Janka i Zbyszka sprawiło, że drużyna ENTRE.pl wygrała klasyfikację drużynową!! Wszyscy niepokoją się o Sylwka, który długo jeszcze nie pojawiał się na mecie. Okazało się że od 28-go kilometra kiedy go minąłem, zmagał się z potwornymi skurczami, które niemal uniemożliwiały mu bieg i tylko dzięki niewiarygodnemu hartowi udało mu się ukończyć bieg.
Idę na masaż, niezwykle przyjemne dziesięć minut w pozycji horyzontalnej, na dokładkę na stole odnajduje mnie Andrzej i po zakończeniu normalnego masażu ląduję w jego rękach i otrzymuję masaż lodowy. Fenomenalne uczucie! Tego mi było trzeba, czuje że nareszcie wróciła mi świadomość miejsca i czasu.

Najprzyjemniejsze jednak dopiero nadeszło, chwile spędzone po biegu gronie klubowych koleżanek i kolegów i zaprzyjaśnionych biegaczy na rozmowach o biegu, o biegaczach i o bieganiu. Niezwykłe chwile.

Kolejny raz przekonałem się jak niezwykłym zdarzeniem jest maraton . Na dobry wynik musi złożyć się wiele czynników, niektóre poważne inne z pozoru niemal nieistotne. Dzisiaj, jeszcze raz udało mi się te puzzle ułożyć. Najwięcej zawdzięczam Wojtkowi Starzyńskiemu. Od prawie dwóch lat pomaga mi w treningu wprowadzając do mojego biegania całkowicie nową jakość. Skuteczność założeń proponowanych przez niego planów potwierdziła się w tym czasie wielokrotnie, a poprawa wyniku w maratonie o 25minut nie wymaga komentarza. Dodatkową motywacją są jego własne nieosiągalne dla mnie wyniki. Dzięki niemu też oswoiłem się z atmosferą startów, towarzyszącym im emocjom, nauczyłem się samokontroli i optymalnego wykorzystania własnych możliwości.

Ale dzisiaj miało miejsce coś niezwykłego. A mianowicie, obecność na trasie ochotników w zorganizowanych przez Generator Wskrzeszeń czyli Renatę i Darka punktach z własnymi odżywkami. I nie chodzi o to, że w umówionym miejscu znalazły się własne odżywki , a przynajmniej nie przede wszystkim oto. Najważniejsza była obecność na trasie przyjaciół, dobra energia która płynęła od nich z każdym uśmiechem, okrzykiem, gestem stanowiła dla mnie podstawowe paliwo. Niezwykły uśmiech Magdy na 14-ym, Renata na 25-ym, Darek na 30-ym Paweł Zach na 37-ym! Wiem że byli tam też inni i bardzo wszystkim dziękuję ale byłem tak skupiony, że już na trzydziestym kilometrze słyszałem tylko głos Darka i jego brzęczydełka, jego samego zaś nie mimo, że to on podawał mi butelkę.
Obym kiedyś mógł się zrewanżować.


Darek Rosa


Powrót

 

Aktualności .::. Zawodnicy .::. Galerie .::. Artykuły .::. Terminarz .::. Wyniki
Sztuka Biegania .::. Sztuka Kadru .::. Strona główna
Copyright © 2005-2011 ENTRE.PL Team