Ustaw jako domową Dodaj do ulubionych Drukuj Wyślij e-mail
ENTRE.PL Team
Zawodnicy
Galerie
Artykuły
Linki
Tapety
Forum
Trasy biegowe

Nagrody

Aktualności

GP Żoliborza 2011 - wyniki
Kupno zdjęć
Konkursy

Strona główna

O nas
Kontakt
Prasa
Regulamin
Statut
Zasady przyjmowania nowych członków
Portfolio
Fanklub

Forum klubowe

E-TRENER
Informacje o trenerze
Trenowani zawodnicy
Pomoc i porady
Artykuły
Kontakt

Zadaj pytanie

Organizowane biegi
V WIELKA URSYNOWSKA
17. Bieg Mikołajkowy - 10km
17. Bieg Mikołajkowy - biegi dzieci
7 Bieg Entre - Integracja
I Żoliborski Cross Nadwiślański
XVI Żoliborski Bieg Mikołajkowy
XVI Żoliborski Bieg Mikołajkowy- dzieci
6. Bieg ENTRE.PL
GP Żoliborza 2011
15 Bieg Mikołajkowy - dzieci
15 Bieg Mikołajkowy - dorośli
V Bieg ENTRE.PL - dzieci
V Bieg ENTRE.PL - dorośli
14 Bieg Mikołajkowy - dorośli
14 Bieg Mikołajkowy - dzieci
IV Bieg ENTRE.PL - dorośli
IV Bieg ENTRE.PL - dzieci
III Bieg ENTRE.PL - 10 km
III Bieg ENTRE.PL - Dzieci
II Bieg ENTRE.PL - 10 km
I Bieg ENTRE.PL - 10 km
I Bieg ENTRE.PL - dzieci
Zawody
Terminarz
Wyniki
Foto sklep
Plik cyfrowy
Wydruk zdjęć

Aktualności
24-07-2017
Beata Andres Mistrzynią Polski Masters w biegu na 5 km

17-07-2017
Walne Zebranie Stowarzyszenia ENTRE.PL Team - podsumowanie

29-12-2016
10K Parking Relay

12-11-2016
XXI Żoliborski Bieg Mikołajkowy

22-03-2016
GP Żoliborza

09-03-2016
Bieg Flagi


Archiwum

15-03-2008

Półmaraton przygód w Hadze

Ours brun


W zamyśle wyjazd na półmaraton w Hadze miał być dla mnie sprawdzianem formy przed maratonem paryskim, a jednocześnie miła wycieczką - w Holandii nie byłem już ładnych kilka lat, a w jej administracyjnej stolicy nigdy. Również przyciągał fakt szybkiej trasy, to tutaj Samuel Wanijru pobił w zeszłym roku rekord świata (58'34"), a kilka lat wcześniej Piotr Gładki ustanowił rekord Polski (61'). Wszystko wydawało się układać po mojej myśli, termin - sobota ze startem popołudniowym umożliwiała dojazd z odległego o 500km Paryża. W sobotni poranek nie wszystko zaczęło się układać pomyślnie. Najpierw tradycyjne śniadanie będące ostatnim poważnym doładowaniem energetycznym okazało się niemożliwe do spożycia, bo zastałem o 6:30 rano drzwi do ogólnej kuchni zamknięte. Nie było specjalnie czasu na dywagacje, zaopatrzyłem się w musli i kilka bananów i ruszyłem w drogę na dworzec. Lekko podekscytowany perspektywą jazdy szybkim pociągiem pokazuję bilet konduktorowi, ten jednak nie wpuszcza mnie do środka, ogląda bilet (kupiony przez internet) podejrzliwie i mówi bym zgłosił się z nim do głównego konduktora. Okazało się, że wydrukowawszy całą kartkę A4, wyciąłem część reklamową i pozostawiłem sobie to co wydawało mi się, że jest biletem. Na szczęście główny konduktor okazał się wyrozumiały, śmiejąc się powiedział, że ten przepis to głupota, ale z kolei zaczął się zastanawiać czy na bilecie jest właściwa data. Była właściwa i oto jestem w drodze do Hagi, 3,5 godzinna jazda minęła szybko i wysiadam na dworcu Den Haag HS. Okazało się, że omyłkowo zakupiłem bilet do niewłaściwej stacji, ponieważ jest sporo czasu idę pieszo do miejsca startu aklimatyzując się w nowej holenderskiej rzeczywistości. Miejsce znalazłem bez kłopotu, choć powstał problem z numerem startowym. Wszędzie gdzie chciałem wejść, porządkowi żądali numeru startowego. Tłumaczę, że miałem go odebrać, ale są trudności w komunikacji. Kątem oka widzę, że inni numer wyjmują z zaadresowanej koperty, a zatem dostali go pocztą. Przez chwilę zadrżałem, że może i ja miałem go tą drogą otrzymać, jednak ostatecznie udało mi się dogadać z jednym człowiekiem, który wskazał mały namiocik do zapisów na miejscu. Tam moje obawy się rozwiały, bo okazało się, że wobec póśnego terminu numer na mnie czekał właśnie tam. Zaopatrzony we wszystkie potrzebne akcesoria startowe muszę teraz jakoś spędzić ok. 3 godziny, jakie pozostały do startu. Nie wiadomo co ze sobą zrobić, biuro zawodów położone jest na dużym otwartym terenie Malieveld, nie ma nawet specjalnie gdzie usiąść. Obserwuję przygotowania do innych biegów, wielkie tłumy nadchodzących startujących. Robi wrażenie przede wszystkim liczba osób i siła amatorskich klubów, których tu widzę kilkanaście. To czekanie jednak trochę mnie nuży, czuję się słabo wyspany, moje śniadaniowe menu wywołało jakiś nieszczególny stan żołądkowy, wszechobecna wilgoć wyziębia.
Godzinę przed startem przebieram się na rozgrzewkę i truchtam w otoczeniu już tysięcy biegaczy. Po pół godzinie przebieram się w strój startowy i wyruszam na start celem dobrego ustawienia się. Dostrzegam panele z oznaczeniem stref, wynajduję "1h45-1h15". Przedział dość szeroki - myślę - ale chyba dla mnie. Jest już dość tłoczno, ale idę w miarę swobodnie do przodu. Wreszcie koniec strefy, dalej ogrodzenie - i tu jestem zdziwiony, bo wokół mnie raczej spokojni biegacze, a za płotem kłębiący się tłum na oko wielu tysięcy osób. Pytam porządkowych czy mogę iść dalej, odpowiadają, że nie, bo posiadam numer żółty, co jak się okazało póśniej oznaczało "bieg masowy dla amatorów". Cały tłum przede mną przedstawiał osoby walczące w mistrzostwach Holandii w półmaratonie. Nie powiem, ale w tym momencie nieco zdenerwowałem się pamiętając choćby trudności w biegu na Run Warsaw. 5 minut przed startem zdemontowano ogrodzenie, mogłem wtedy wtopić się w tłum stojących w przodzie "prawdziwych zawodników". Używając mojej względnie kompaktowej sylwetki dziwię się że udaje mi się pokonać jeszcze ze sto metrów, ale do startu pozostała naprawdę spora odległość. Ścisk straszny, coś krzyczy po niderlandzku spiker, biegacze odliczają, bieg nie rusza. Znowu robi mi się zimno, wreszcie z 15 minutowym opóśnieniem ruszamy. Linię startu przebywam po 20 sekundach, co uważam za spore osiągnięcie, ale dalej musimy drobić niemal w miejscu. Szukam małych luk by przebijać się nieco dalej, wynajduję też torujących sobie drogę bardziej obszernych zawodników, by biec ich szlakiem. MImo wszystko jestem zdziwiony szybkością startu, teraz mam wrażenie, że biegnę nienajwolniej, a jednak wciąż tysiące ludzi przede mną. Czuję w mięśniach watę, myślę, że powinienem się rozkręcić. Wreszcie można normalnie biec, choć to nie jest bieg z żadną grupą, to po prostu ciągłe wyprzedzanie. Dopiero w okolicach 2km zaczynam dołączać do grupek, przeskakiwać do następnych i następnych. Pierwsze kilometry przebiegają przez starą dzielnicę Hagi, mam małe skojarzenie z maratonem wrocławskim. Gdzieś koło 3 km zauważam, że prawdopodobnie w tłoku ktoś nadepnął mi na sznurówkę i ta rozwiązała się. Na razie nie ma mowy by się zatrzymywać, po pierwsze dlatego, że przecież powinienem odrabiać straty, po drugie, bo boję się stratowania - jest wciąż zbyt tłoczno. Ok. 5km zaczynam odczuwać jakiś dziwne rozgrzanie stopy w okolicach śródstopia. Rozwiązany but sprawił, że stopa ruszała się wytwarzając tarcie. Optymistycznie myślę, że tak dobiegnę do mety. Nogi nie niosą mnie jak powinny, zacząłem po ok. 3:40/km, myślę sobie, że jak dojdę lepszych zawodników stopniowo się rozkręcę. Na siódmym km doznałem dziwnego odczucia jakby gwódś wbijał mi się do stopy. W ogóle miałem wrażenie jakby startówki nie miały żadnej wkładki, jakbym biegł boso. Wtedy też zdecydowałem zatrzymać się, miałem trochę kłopotów z mocnym zasznurowaniem - kolejne 30 sekund "w plecy". Morale mi się podniosło, gdy po zawiązaniu buta poczułem dużo większą łatwośc biegu. Teraz - pomyślałem - w końcu się rozpędzę, najwyższy czas. Zbierając się do tego przyspieszenia nagle wybieg wprost na otwarte morze - właśnie wyszło słońce, wspaniały widok. Na nadmorskiej alejce już nie jest tak pięknie, stopa dotkliwie uzmysławia, że jednak na nodze powstał taki odcisk, że każdy krok postawiony na najmniejszej nierówności wywołuje ból. Wzmaga się wiatr, zamiast przyspieszenia czuję, że tempo spada. Mimo tego cały czas wyprzedzam. Wyjątkiem od tego są zdumiewające mnie sytuacje. Otóż na zakrętach niektórzy nagle dają nurka w kibiców, by przebiec skrótem po chodniku. W kilku takich sytuacjach zostawałem mocno z tyłu i przez "sportową złość" rwałem tempo dochodząc ich znowu. Potem i ja przez wzgląd na oszczędność sił nauczyłem się tej dziwnej metody. Trasa biegu zbacza z nadmorskiej drogi powracając do miasta. Okazało się, że to najbardziej wymagający fragment po haskich parkach, teraz wiatr wieje już mocno w twarz, pojawiają się podbiegi. Nie są bardzo strome, ale czuję, że tempo jeszcze spadło, jeden z kilometrów, jak się póśniej okazało, pokonałem w 3'54"! Zbliżają się ostatnie km, kilkaset metrów przed sobą widzę zawodników w strojach firmy TNT, postanawiam ich dogonić. Muszę się przecież czymś zająć i przetrzymać nasilający się ból w śródstopiu. Widzę, że już zbliża się meta, doszedłem do tych kolegów z TNT, jeden z nich ponownie pobudził moją sportową złość, gdy zabiegał mi drogę nie chcąc siebie wyprzedzić. Obiegłem go i rytmem zostawiłem kilka metrów za sobą, dzięki TNT kilometr w 3'36. Gdy jednak wbiegłem na ostatnią prostą i zobaczyłem zegar, to rozczarowanie było duże - tak się męczyć dla tak słabego wyniku! Posłusznie jednak przyjąłem półmaratoński medal i królujący w krajach Beneluxu izotonik Extran.
No i tak zakończyła się moja holenderska "misja" biegowa, z placu boju schodzę wychłodzony, wygłodzony i z nieco nadwątloną psychiką, postanawiam powolutku przejść do hostelu, gdzie zarezerwowałem wcześniej nocleg. Jak na tego typu miejsce było dość sympatycznie, w recepcji pytali się jak mi poszło w biegu, a pod koniec dość ciężkiej dla mnie konwersacji po angielsku okazało się że recepcjonista mówi płynnie po francusku. Schronisko było dość ciekawie położone nad kanałem z widokiem na ciekawą nowoczesną architekturę (w ogóle pod tym względem uważam, że Holandia jest niesamowita). Gdy jednak wyszedłem na krótki spacer po obiadokolacji okazało się, że również tuż obok położona jest "różowa dzielnica", gdzie z daleka widać było kłebiące się przy "wystawach" grupki mężczyzn. I tak przechodząc sąsiadującą ulicą nagle zaczepia mnie wyglądający dość podejrzanie śniady typ prosząc o ogień. Odpowiadam mu, że nie mam. On natarczywie coś mówi po niderlandzku, ja odpowiadam, że nie mówię w tym języku i idę dalej starając się nie zwracać na niego uwagi. On jednak nagle zawraca, zbliża się do mnie (a ja orientuję się, że póki co to moje nogi nie nadają się do szybkiego biegu, a nikogo w pobliżu nie widać) i pyta po angielsku w takim razie skąd jestem, czy jestem Anglikiem. Mówię, że nie i idę dalej, wtedy on krzyczy: "a pa ruski ty ponimajeszś" i chwyta mnie za kurtkę. Już sam nie wiem co mu odpowiedziałem, w każdym razie on krzyczy "ja ormianin ty polak - my bratia!" Zastanawiałem się czym się dalej to nasze braterstwo będzie wyrażać, ostatecznie jednak jakoś udało nam rozstać się pokojowo. Haga niezbyt przychylna biegowo ukazała mi się w tym momencie jako dość niebezpieczna. Po dość niespokojnej nocy - pokój dzieliłem z Chińczykiem, Pakistańczykiem i Amerykaninem, którzy schodzili się na nocleg do 4 rano obudziłem się z jedną myślą. Muszę zatrzeć te złe wrażenia z poprzedniego dnia i choć chwilę potruchtać pomimo bólu stopy. Na schodach spotkałem 3 panie-biegaczki na oko w wieku 50 lat, które jak okazało się również nocowały w tym hostelu, biegły w półmaratonie, i również wychodziły na poranny rozruch. Trochę przebiegliśmy razem miło rozmawiając. Niesamowite było to, że tym bardzo rekreacyjnym biegaczkom chciało się wyjść wcześnie rano biegać dzień po półmaratonie, a na dodatek lał mocny deszcz! Po rozruchu spieszyłem się na hostelowe śniadanie mając mniej więcej w pamięci obfitość śniadaniowego stołu w krajach Beneluxu. I nie myliłem się - choć hotelik dość obskurny, to śniadanie jak dla mnie było królewskie! Zaliczyłem kilka kolejek holenderskiego kakao i innych specjałów, szybko spakowałem się i w drogę do Maurithuis, celu, który również zaważył na decyzji, by przyjechać tu na półmaraton.
Zestrajając się z deszczowym holenderskim klimatem wybrałem się na ostatni spacerek ulicami starej Hagi docierając do Mauritshuis mniej więcej w godzinę jego otwarcia. Kolejne potwierdzenie, że Holendrzy to twardzi ludzie - pomimo rzęsistej ulewy wielu z nich stało już w oczekiwaniu na otwarcie. Zaletą tego muzeum są ciekawe zbiory zwłaszcza malarstwa niderlandzkiego "złotego" XVII wieku, choć jest i kilka sal poświęconych malarstwu flamandzkiemu. Muzeum nie przytłacza swoją wielkością, bo mieści się w małym pałacyku z epoki, co dodaje uroku zwiedzaniu. Ustaliłem, że zacznę od II piętra, czyli od Niderlandów, których - jako że zawsze bardzo ich lubiłem - obejrzę możliwie najdokładniej, potem w miarę możliwości resztę. Niestety miałem ramy czasowe w postaci konieczności zdążenia na powrotny autobus. Nie będę się tu zatem rozpisywał o pełnych wzniosłości przeżyciach estetycznych w zetknięciu z "Dziewczyną z perłą" Vermeera, czy "Lekcją anatomii" Rembrandta (zostawiam je innym), choć oczywiście i te klasyki do których trudno jest się dopchać zobaczyć warto. Pewne motywy malarstwa niderlandzkiego zawsze bardzo mi się podobały i spróbuję je tu wyliczyć (niestety strona www muzeum nie udostępnia plików swoich zbiorów, a chciałem tu wkleić przykłady): - krajobrazy zwłaszcza zimowe, a wśród nich szczególnie charakterystyczne sceny lodowe, - nie mający sobie równych w tzw. realizmach realizm scen karczmianych, - sceny biblijne umieszczone w holenderskim pejzażu (podobno z dwóch powodów, po pierwsze, by uprzystępnić przesłanie, po drugie, część malarzy nie miała zupełnie wiedzy o tym jak miejsca biblijne wyglądały). Interesującym dodatkiem do ekspozycji stałej była wystawa poświęcona dość ekscentrycznemu i mało dotąd znanemu malarzowi Adriaenowi Coorte'owi. Właściwie to nawet nie wiadomo kiedy się urodził i zmarł, nie jest pewne czyim był uczniem, dodatkowo malował na suporcie papierowym, co niekoniecznie nadawało jego dziełom cechy trwałości. Malował tylko i wyłącznie małej wielkości martwe natury i to w bardzo specyficznym klimacie. Najwięcej z nich ukazywało związane pęki szparag, truskawki, orzechy, aż wreszcie nieszpułki (nawiązując do motta holenderskiego "zgniły jak nieszpułka"). Jeśli chodzi o przeżycia estetyczne związane z truskawkami, to otrzymałem w muzeum inspirowany jednym z obrazów przepis na dżem truskawkowo-rabarbarowy (chętnie spróbuję). W muzealnej kawiarni można było co prawda zjeść zupę ze szparagów, a na deser ciastko Coorte'a ale mnie czas gonił, więc spiesznie wyszedłem udając się w kierunku dworca. Na dworcu autobusowym znalazłem się ok. 10 minut przed odjazdem, o godzinie 14-tej w niedzielę nie było prawie nikogo. Nie widzę żadnego autobusu, żadnej tablicy "Eurolines", żadnej informacji. Czekam, szukam, chodzę, wreszcie oprócz jakichś Indonezyjek, których nie chciało mi się pytać (błąd) dostrzegłem "białego" człowieka i spytałem go o przystanek. Ten z genialną intuicją, choć i nie bez zakłopotania odpowiada mi czystą polszczyzną - nie mówię po angielsku! Ja na to: może być po polsku, gdzie ten przystanekś On: właśnie niedawno jakiś autobus odjechał do Polski! Ja: ale ja nie jadę do Polski, tylko do Paryża! Ponieważ mijała już godzina odjazdu chciałem się upewnić, że to zupełnie nieoznaczone miejsce przy którym stałem jest właściwe, udałem się na posterunek policji. Tam mi mówią, że ten przystanek jest tuż za ich budynkiem, gdzie jest tabliczka. Wychodzę za budynek, żadnej tabliczki nie ma, a już 10 minut po czasie odjazdu! Wreszcie widzę jakąś kobietę z tobołkiem - okazuje się, że to Włoszka, który czeka na ten autobus, który jak się okazuje jedzie z Amsterdamu do Rzymu. Uspokoiła mnie, że jeszcze nie przyjechał. Kto jeśdzi dalekobieżnymi liniami autobusowymi po Europie (przykładowo trasa z Hagi do Paryża zabierała 8,5 godz. w porównaniu do 3,5 godz. pociągiem)ś Zapewne zależy to od pory roku, ale w moim busie było dość egzotycznie i trochę podobnie jak w hostelu: za sąsiadów miałem wielodzietną rodzinę arabską, byli Hindusi, Afrykanie... i piszący te słowa, szczęśliwie kończąc tę nie do końca sportową wycieczkę.


Powrót

 

Aktualności .::. Zawodnicy .::. Galerie .::. Artykuły .::. Terminarz .::. Wyniki
Sztuka Biegania .::. Sztuka Kadru .::. Strona główna
Copyright © 2005-2011 ENTRE.PL Team