Ustaw jako domową Dodaj do ulubionych Drukuj Wyślij e-mail
ENTRE.PL Team
Zawodnicy
Galerie
Artykuły
Linki
Tapety
Forum
Trasy biegowe

Nagrody

Aktualności

GP Żoliborza 2011 - wyniki
Kupno zdjęć
Konkursy

Strona główna

O nas
Kontakt
Prasa
Regulamin
Statut
Zasady przyjmowania nowych członków
Portfolio
Fanklub

Forum klubowe

E-TRENER
Informacje o trenerze
Trenowani zawodnicy
Pomoc i porady
Artykuły
Kontakt

Zadaj pytanie

Organizowane biegi
V WIELKA URSYNOWSKA
17. Bieg Mikołajkowy - 10km
17. Bieg Mikołajkowy - biegi dzieci
7 Bieg Entre - Integracja
I Żoliborski Cross Nadwiślański
XVI Żoliborski Bieg Mikołajkowy
XVI Żoliborski Bieg Mikołajkowy- dzieci
6. Bieg ENTRE.PL
GP Żoliborza 2011
15 Bieg Mikołajkowy - dzieci
15 Bieg Mikołajkowy - dorośli
V Bieg ENTRE.PL - dzieci
V Bieg ENTRE.PL - dorośli
14 Bieg Mikołajkowy - dorośli
14 Bieg Mikołajkowy - dzieci
IV Bieg ENTRE.PL - dorośli
IV Bieg ENTRE.PL - dzieci
III Bieg ENTRE.PL - 10 km
III Bieg ENTRE.PL - Dzieci
II Bieg ENTRE.PL - 10 km
I Bieg ENTRE.PL - 10 km
I Bieg ENTRE.PL - dzieci
Zawody
Terminarz
Wyniki
Foto sklep
Plik cyfrowy
Wydruk zdjęć

Aktualności
24-07-2017
Beata Andres Mistrzynią Polski Masters w biegu na 5 km

17-07-2017
Walne Zebranie Stowarzyszenia ENTRE.PL Team - podsumowanie

29-12-2016
10K Parking Relay

12-11-2016
XXI Żoliborski Bieg Mikołajkowy

22-03-2016
GP Żoliborza

09-03-2016
Bieg Flagi


Archiwum

30-08-2010

Klagen 2010

Kuba Bielecki


Wstawanie przed słońcem dla takiego śpiocha jak ja jest z całą pewnością tak samo trudne jak same zawody. Nie bez bólu, ale ten etap zawodów zakończył się sukcesem. Specjalnie zamówione u właściciela hotelu śniadanie zaczęło się o czwartej rano. Przyszedłem na nie jedynie z 20-minutowym opóźnieniem. Pierwszy raz od długiego czasu zjadłem uczciwą bułę z szyną i serem. Mniam. Nie jest to edukacyjne, bo przed startem powinno się dopchać węglowodanami, jogurtem i czymś tam jeszcze, z drugiej strony perspektywa "normalnego" posiłku za 14, a może 15 godzin, sprawiła że nie odmówiłem sobie czegoś, co będzie prawdziwym jedzeniem, a nie pysznym, glutowatym żelem lub bananem. Później powrót do pokoju na drzemkę. W tym czasie część znajomych zawodników z Polski wyjechała na miejsce startu. Ja musiałem się przede wszystkim wyluzować i dobrze wypocząć. Nie chciałem wszystkiego sprawdzać po dziesięć razy. Wszystko poukładałem sobie w głowie kilka dni temu, teraz muszę się przespać jeszcze półgodziny.

W końcu wychodzimy i tata zawozi mnie na start samochodem. Sam zawraca i ma się pojawić rowerem za jakąś godzinę. Przychodzę do roweru, jeszcze raz dokładnie oglądam miejsce w którym stoi, po pływaniu będę nieprzytomny i im lepiej zapamiętam charakterystyczne punkty obok, których znajduje się moje stanowisko, tym lepiej. "Grubego" otoczyły dwa rowery na dyskach (pełne koło z tyłu). Mały cel na zawody - być przed dyskami po rowerze. Jeden z "dyskowiczów" jeszcze dopieszcza swój sprzęt. Pożyczam pompkę - swojej nie brałem, bo "na pewno ktoś obok będzie miał". Koła napompowane, teraz trzeba włożyć bidony. K***! Nie wziąłem bidonów. Dramat. Telefon do ojca "Jesteś jeszcze w hotelu? Bierz bidony dla mnie i sprintem na metę" Kochany tata. Do startu zostało 45 minut. Chodzę i dowiaduję się o resztę spraw, które muszę załatwić przed startem. Przy wejściu do boksu rowerowego spotykam triatlonowe wdowy - żony mężów, którzy będą dzisiaj ze mną startować. Ucinamy pogawędkę, dołącza się do nas kilku zawodników. Półgodziny. W ustach adrenalina wyrządza ogromne szkody - wysusza wszystko wiór i proch. Popijam wodę, ale to i tak na nic. Z tym uczuciem nie da się wygrać. W końcu telefon od ojca. Odbieram bidony. Montuję je na rowerze. Najważniejsze że mam bidon z przodu do którego wlewa się zawartość tych, które podają wolontariusze na trasie. Taki patent znacznie ułatwia sprawne picie podczas jechania. 15 minut do startu. Ostatni raz odwiedzam toaletę. Ubieram piankę do pływania, która pomimo że jest rozmiaru "S" i uciska absolutnie i niemiłosiernie, wchodzi na mnie bez zarzutu. Wychodzę chyba jako ostatni z boksów. Wyrzucam torbę z napisem "Street wear", do której schowałem rzeczy w których przyjechałem na miejsce, w wyznaczonym miejscu. Oddadzą mi je po zakończeniu zawodów. W drodze widzę leżące, bezpańskie napoje - jeszcze łyk … niech ta adrenalina przestanie działać!

Nad jeziorem jest tylu śmiałków, że przedarcie się na początek tej watahy jest niemożliwe, cieszę się, że jestem w stanie wejść na start. Wybrałem plażę po prawej stronie, wyglądało jakby trasa była lekko krótsza od tej strony (oczywiście pomyliłem się i to startując z lewej strony płynęło się krócej). Czepek na głowę. Stoper przygotowany na start. Spiker zezwala na wejście do wody, zaraz ostatnie siusiu i start. I nagle wystrzał z armaty, spiker krzyczy "Put your hands up in the air". Cholera, mieliśmy podejść kilka kroków dalej i dopiero wystartować. Z sikania nici - zrobi się w trakcie pływania, ale najgorsze jest to że muszę błyskawicznie założyć okularki. Skok do wody. Okularki przeciekają. Więc je poprawiam. Płynę … dalej przeciekają, ale na tyle mało, że mogę płynąć. Ktoś uderza mnie z prawej, ktoś z lewej. Wyprzedzam neoprenowych ludzi. Łup z nogi w żebra - ktoś płynął żabką. Po kilku chwilach mam czystą drogę przed sobą. I nagle bum z boku. Co się dzieje? Startowałem ze skrajnej strony … to ludzie z drugiej plaży. Ławica ma chyba ze dwieście metrów szerokości, ludzie pływają w "murach" po siedmioro osób obok siebie, co znacznie utrudnia wyprzedzanie, ale znacznie ułatwia nawigację. Płynie się od jednego neoprenowego muru do drugiego. Po dobiciu do ściany, trzeba odbić w bok i gazu. Czasami trzeba zwolnić, żeby po raz kolejny poprawić okularki zrzucone przez czyjąś nogę. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że w chwili startu nie zadałem sobie pytania "Jezu co ja tu robię … przecież to jakiś ponury, przykry i wulgarny żart". Wyszło doświadczenie zdobyte podczas kilku triatlonowych startów. Teraz wiem, że mam godzinę z minutami na rozprawienie się z jeziorem. Woda jest potwornie czysta. Wszystko widać doskonale. Tylko stopy dookoła … Tarantino byłby zachwycony. Łapię rytm: prawa, lewa, prawa, lewa, łup … żabkarz.

O widać już boje na których nastąpi nawrót, wypłynęliśmy w końcu na półtora kilometra w głąb jeziora. Na boi - seks grupowy, wszyscy leżą na sobie. Obok mnie jakiś wafel, w najdroższym modelu pianki Orca, nie chce dać się wyprzedzić i zaczyna młócić wodę jak ogłupiały. Świetnie w końcu kończą się żarty i można popłynąć szybciej, "wsiadam" mu w nogi . Chłopek słabnie. Kolejna boja, teraz zawracamy i płyniemy w stronę brzegu. Nagle po lewej stronie mija mnie człowiek-torpeda. Znakomicie, kilka mocniejszych pociągnięć i już siedzę mu w stopach, ale miota nim na prawo i lewo, gubię go, wynurzam głowę i znów go znajduję, dopływam i znów go nie ma. Dramat … ale dzięki temu przyspieszam, robię mocniejsze pociągnięcia - z wcześniejszego stylu Trener Ola była by bardzo niezadowolona, pewnie walnęła by mnie "makaronem" w głowę. Teraz myślę o rotacji, chwycie wody, pociągnięciu. Dopływamy do kanałku, moja torpeda gdzieś zniknęła, a może ją wyprzedziłem? Czuję smak benzyny … w czym przyszło mi pływać? Smak "płynnej technologii" po chwili znika. Widać dno. Z prędkości przesuwania się dna wynika, że płynę się całkiem szybko. Pora się wysikać przed wyjściem. Rozluźniam nogi i nic. Nie da się. Czasu na zatrzymanie też nie ma co tracić. Płynę dalej, mijam trybunę, mostek. Ludzi w wodzie jest ogrom, ale jakoś dziwnie nie płynął obok siebie i można ich wyprzedzać. W końcu jest … meta!

Widzę wolontariuszy, pomagający wyjść z wody zawodnikom. Ech co za wafle, ja wyjdę sam, bez pomocy. Pierwszy krok na podwyższeniu, łup! Wstaję, łup! Łapię się ręki wolontariusza, który wyciąga mnie na górę. No dobra jestem waflem … jaki mam czas? Godzina dziesięć. Jeszcze miesiąc temu był to czas docelowy, jednakże po zawodach w Mortizburgu miałem ochotę na dwie-trzy minuty lepszy czas. Żadna strata. Torbę z rzeczami na rower znajduję bez problemu. Ludzie z dyskami już pojechali, mieli numery 191 i 193 - ich toreb już nie było. Zakładam kask, okulary, numer startowy na plecy, to już wszystko? Oglądam zawartość torby jeszcze dwa razy, lepiej stracić 10 sekund, niż zapomnieć czegoś niezbędnego. Chyba tak. Zabieram skondensowany magnez i żel energetyczny i wybiegam z namiotu. Bieganie na bosaka po asfalcie jest nieprzyjemne, ale przypięcie butów do roweru jest znacznie lepsze od biegania w butach kompletnie i absolutnie do tego nieprzystosowanych. Jadę bez skarpetek, sprawdziłem - nie ma różnicy, buty ułożone są idealnie i nie obcierają. Włączam pulsometr i w drogę.

Początek trasy jest znakomity. Droga prowadzi w dół i daję tyle gazu na ile rozsądek pozwala. Pulsometr pokazuje, że jestem dawno poza progiem w którym zakwasza się mój organizm. Muszę się uspokoić, ale to za chwilę. Puls po 10-15km sam spadnie, teraz nie mogę popełnić błędu z zawodów w Moritzburgu i zwalniać za wszelką cenę - czekać aż puls dojdzie do wyznaczonego poziomu, jadę na wyczucie. Puls po pływaniu jest naturalnie podwyższony, dodatkowo adrenalina i stres na zmianie z całą pewnością także go zawyżają. Po 10 km puls spada do 150 uderzeń na minutę. Za dużo, ale cały czas czuję, że jest ok. Pierwszy podjazd, po nim uspokoję puls. Na podjeździe zwalniam, nie idę w trupa. Mam do przejechania 180 km, nie mogę ciąć ile fabryka dała na płaskich odcinkach i jeszcze przyspieszyć na podjazdach. Chociaż nie jest to motywujące, daję się wyprzedzać. Spokojnie Kuba! Powoli. Później, podsumowując zawody, najbardziej byłem dumny z rozłożenia sił i odżywiania na trasie. Podjazdy tak czy inaczej kosztowały więcej sił i puls na nich skakał, więc nie chciałem jeszcze bardziej sobie dokładać. Wolniejsza jazda miała także swoje zalety, kibice, którym odmachiwałem i dziękowałem słowem "Danke" (jak zauważyła Monika mieszkająca od kilkunastu lat w Wiedniu, bez polskiego akcentu) dopingowali jeszcze mocniej, klepali po tyłku - jak na etapach górskich w Tour de France, inni robili szpaler i wykonywali meksykańską falę. Doping pierwsza klasa. Niektórzy krzyczeli do mnie po imieniu, część zamawiała posiłek, krzycząc "SUPA, SUPA, JAKOB, SUPA ". Dla umilenia jazdy znajdowałem znanych ludzi noszących imiona współzawodników. Jechałem obok Guntera Grassa - na starość nieźle mu odbiło, ale tak to jest z urodzonymi 16 października; Andrea Doviciozo przerzucił się z motorów na triatlon; Mario … Mario … na zawodach w Moritzburgu wymyśliłem setki Mariów, a dzisiaj pustka. Mario … Mario … Scheiber! Mario Matt! Sami austriaccy narciarze.

W końcu szczyt wzniesienia i przy okazji punkt z paszą. Chlust, polewam się wodą. Biorę bidony, wodę do polewania na dalszą część trasy, banana, żele na zapas. Należy pamiętać o jedzeniu! Bez prądu nie pojadę. Jeść, jeść i pić! Na zjazdach odrabiam straty z podjazdu. Być może ci z którymi rywalizuję widzieli otwarte złamanie po upadku na rowerze, ale to nie zaistniało jeszcze w mojej świadomości. Składam się w zakręty, opony trzymają rewelacyjnie. Jadę trochę niebezpiecznie - nie widziałem ludzi zjeżdżających po 65 km/h trzymając ręce na lemondce , ale doświadczenia z gór procentują.. Ścinanie zakrętów, dzięki którym tak łatwo wyprzedzałem, wbrew pozorom pozytywnie wpływa na bezpieczeństwo. Wystarczy zobaczyć jak jeździ się w formule 1 na zakrętach - od prawej do lewej - na całej szerokości drogi, dzięki temu można jechać szybko i pewnie. Trasa jest zamknięta dla ruchu samochodów, więc jest w miarę bezpiecznie, ale zostawiam sobie margines na błąd. Kolejne kilometry mijają, kolejne zjazdy, ale ja wiem, że te Austryjaki, to wredny i podły naród, po każdym zjeździe musi być podjazd. Najgorszy jest w na sześćdziesiątym kilometrze dziewięćdziesięciokilometrowego okrążenia. Jest podzielony na trzy mniejsze. Po wjechaniu na pierwszą półkę, trasa trochę odpuszcza, ale to tylko zasłona przed kolejnym ciosem. Część współzawodników minęło się z powołaniem i chcą zostać najlepszymi "góralami" na Tour de France i wyrywają do przodu jak głupi. Powolne wjazdy męczą wystarczająco, a mocno naciskając na pedały gubi się przyjemność z odwzajemnienia sympatii w stronę gorąco dopingujących "fanów". Na moje odmachiwanie kibice głośniej krzyczą i machają patentami do kibicowania, innym przybijam piątki.

Po podjeździe droga jest już całkiem znośna. Jeszcze trzy, cztery podjazdki, a później w dół do Klagenfurtu. Niestety trasa bezpośrednio do Klagenfurtu jest częściowo otwarta dla ruchu i od samochodów oddzielają nas stojące gęsto pachołki. Wtedy to nakrzyczałem na sędziego, który nie raczył ukarać jadącej przede mną chyba 20 osobowej grupy, która co rusz dawała sobie zmiany. Ni jak nie dało się ich wyprzedzić. W końcu się udaje i odjeżdżam im na tyle, że nie są w stanie mnie dogonić. Kilka chwil później przejeżdżam obok ogromnego czegoś. O cholercia, to stadion piłkarskich mistrzostw europy. Betonowy budynek stoi w środku pola i robi wrażenie bardzo smutnego i nieużywanego miejsca.

Mija kilka chwil refleksji nad stadionem i wjeżdżam na nawrotkę, która przypomina stadion podczas zawodów. Ogrom ludzi, którzy dopingują, męskie czirliderki wzbudzają uśmiech, głośna, rytmiczna muzyka. Za chwilę wjazd na drugą dziewięćdziesięciokilometrową pętlę. Znowu góry … teraz przynajmniej już wiem, co mnie czeka. Jazda nad krystalicznie czystym jeziorem w dół, później wyryp gdzie stoi mój tata z aparatem, równoległa do autostrady droga, to te przyjemniejsze odcinki. Do tych gorszych należy na przykład pozornie płaski odcinek z którym jest coś nie tak. Rzeźbię na nim niemiłosiernie, a jadę tylko 27 km/h. Przy pierwszej pętli byłem załamany, nie przypuszczałem jak bardzo opadłem z sił. Na szczęście okazało się, że sił nie zabrakło, jeno ten odcinek musi być pod górę, bo za drugim razem też pokonywałem go męcząc się przeokropnie. Później odcinki z pięknymi górskimi krajobrazami, ogromnym, zawieszonym chyba na stu metrach mostem. Podczas jazdy ucinam sobie pogawędki z sędziami jeżdżącymi na motorach. Jeden z nich na moje "Haloooo" (takie halo z niemieckim akcentem) odpowiada "Jak tam?" … cisza … "To tak po polsku?" zapytuję absolutnie zbity z tropu … "A po polsku" odpowiada sędzia. Jak rozpoznać Polaka na zawodach za granicą? Po numerze startowym, gdzie jest wyraźnie napisane "POL", ale jak trafić na polskojęzycznego sędziego na zawodach ironmana … nie wiem.

Dojeżdżam do odcinka, który jest tak nieprzyjemny jak woń gnojówki. Dużo podjazdów i na końcu trzy półki podjazdu. Na jednym z nich mija mnie jeden z Polaków. Ucinamy kilkuminutową pogawędkę. Pytam się na którym kilometrze jesteśmy, bo trochę źle ustawiłem sobie pomiar odległości na pulsometrze, zostawiłem ustawienia treningowe, a nie na zawody. Jest mniej więcej 144 km wycieczki. Odjeżdża na podjeździe i znowu jestem sam jak palec. Z późniejszych zapisków na stronie internetowej zawodów, wyszło że przechodziłem krótki kryzys. Kilka kilometrów przed podjazdem dogania mnie Radek Kokosza, w końcu polskie harpagany zaczynają mnie dochodzić. W sumie nie jest źle, bo i tak długo trzymałem się z przodu przed zawodnikami, którzy na zawodach w Borównie byli lata świetlne przede mną. Radek dostał karę "Stop and go", więc teraz uważa na drafting . Puszcza mnie do przodu, a ja ku mojemu zdziwieniu mu odjeżdżam. No może nie jest jeszcze tak ze mną źle. Po chwili ucinam pogawędkę z bezimiennym już Australijczykiem, o tym że został jeszcze podjazd i rower się skończy. W tym momencie niebo się otworzyło. Dosłownie.

Zaczął padać grad i zaczęło wiać z siłą stu tajfunów. Akurat gdy zacząłem podjeżdżać pod ostatnią półkę trzystopniowego podjazdu. Następnie droga prowadziła w dół. To był zdecydowanie najbardziej niebezpieczny moment całych zawodów. Większość zawodników zaczęła odpuszczać. Zjazdy w takich warunkach były potwornie niebezpieczne. Po pierwsze trudno było trzymać kierownicę. O położeniu się na "leżak" nie było mowy, wiatr bujał rowerem na prawo i lewo. Dobre trzymanie mokrej kierownicy także nie było możliwe. Ręka okropnie się ślizgała - na kierownicy nie mam owijki, która zwiększyłaby tarcie na mokrej powierzchni. Dodatkowo rower był strasznie niestabilny, niebezpieczeństwo na zakrętach było ogromne. Zjechanie do którejś z krawędzi drogi mogło zakończyć moją przygodę w rowie lub na ścianie domu w miasteczku przez akurat przejeżdżałem, a pokonywanie zakrętów środkiem drogi wcale nie jest proste. Ostatnim problemem były hamulce, które nie działały. Może przesadzam, bo rower zaczynał zwalniać "już" po pięciu sekundach od "wciśnięcia hebli na maksa". Dramat. Na szczęście przy końcowym zjeździe do Klagenfurtu deszcz zaczął ustępować. Pomimo tego strata czasowa była duża. Na 20 km odcinku zjazdów średnia prędkość spadała o 10 km/h w porównaniu do poprzedniego kółka, a na kolejnym odcinku różnica wyniosła 5 km/h. Pozostał już ostatni kilometrowy odcinek w parku, na którym trzeba wyjąć nogi z butów, które zostaną przy rowerze (szybsza zmiana) oraz rozprostować nogi, ręce, plecy, w końcu pozostało jeszcze 42 km biegu. Po skończeniu roweru okazało się, że mam kosmiczny czas 5 godzin i 22 minuty, czyli średnia na 180 km wyniosła 33,5 km/h. Z 788 miejsca po pływaniu wskoczyłem na 656 po rowerze. Najlepsze miało dopiero nadejść.

Zmiana nie odbyła się bezboleśnie. Bieganie na bosaka po niezbyt równym betonie, w dodatku po 180 km roweru, nie jest tym, co tygrysy lubią najbardziej. Pomimo twardej podeszwy w bucie rowerowym stopom się oberwało. W końcu dobiegłem do worka z rzeczami na zmianę i poszedłem przebierać się i przygotowywać na maraton. Podobnie jak na zmianie rowerowej, tak i na tej zyskałem kilka miejsc. Jeszcze tylko czapka, skondensowany magnez i żel energetyczny w rękę i można biec. Z kosmicznego deszczu na trasie rowerowej na trasie biegowej nie zostało nawet wspomnienie - słońce prażyło niemiłosiernie. Słyszałem kilka wersji odnośnie temperatury tego dnia, która miała raz wynosić 32 stopnie, a innym razem 34. W każdym razie nie są to wymarzone warunki do biegania. Raz na jakiś czas dało słyszeć się karetkę.

Z początku udawało mi się utrzymywać tempo na okolice 3 godzin 30 minut. Pulsometr bredził coś o słabej baterii. Jakbym nie wiedział, że ledwo co dycham i baterię mam już w stanie kompletnego rozpadu. Trasa biegowa miała oznaczone kilometry maratonu. Najpierw przebiegłem obok tej oznaczonej numerem 21. JEZU!!!! Dlaczego mnie tam nie ma. Chcę tam być. Tam właśnie był lider całego ironmana, gdyż zdublował mnie i pobiegł hen hen. Teraz maraton? Przecież to jest coś na granicy absurdu i utraty zmysłów. Smaczku dodawała temperatura. Dobrze … trzymam tempo. O jest koryto i woda. Strefa, w której wolontariusze podają napoje, żele itp, nazwałem paśnikami. Chlust, dwa litry wylądowały na głowie. Co za ulga. Ulga która trwała do 30 sekund, bo później znowu stawało się nieznośnie gorąco. Na szczęście gąbki nasączone wodą wkładane pod body trochę przedłużały chwile orzeźwienia i dawały chłód w chwilach największego zwątpienia. Dopiero trzeci kilometr?? Przecież ja się czuję jakbym przebiegł przynajmniej piętnaście, co tam piętnaście, trzydzieści. Kolejne paśniki, kolejne prysznice, kolejne kilometry. Tempo chwilowe nie spada poniżej 5 minut na kilometr (12 km/h), chociaż pulsometr pokazuje, że średnie jest gorsze. To dlatego że włączyłem tryb biegania już w strefie zmian, więc czas leciał, a ja kilometrów nie nabiegałem. Poza tym zaczynam przechodzić przez część paśników. Lepiej pobyć w nich trochę dłużej i bardziej się schłodzić. Jednakże jeśli tylko nie czuję się fatalnie, to przezeń przebiegam, inaczej nie osiągnę celu.

Po przebiegnięciu małej pętli w Klumpendorfie wracam na trasę prowadzącą do Klagenfurtu. Na wybiegu widzę po kolei kilku zawodników z IM2010. Jest Przemek, świetny biegacz. Mam nad nim kilka kilometrów zapasu. Ile … nie pamiętam, nie wiem, ale może wystarczy żeby dobiec przed nim. "Doktorek" krzyczy do mnie "ale tempo!". Dobrze, osłabienie przemkowej psychiki powinno mieć dobre skutki. Widzę kolejnych Polaków wybiegających na swoje pierwsze kilometry. Jest dobrze. Co robić żeby nie dostać kryzysu? Pić, jeść, jeść, pić, lać na siebie wodę. Wylewam jej tyle, że woda spływa do butów. Woda podczas ruchów nogami wystrzeliwuje przez siatkę z przodu butów. To musi skończyć się źle, zaraz będę miał odciski. Nie obchodzi mnie to. Muszę biec, a ból będzie na drugim miejscu. Na szczęście buty spisują się genialnie i na mecie nie będę miał najmniejszych odcisków, ani otarć. Przebiegając w okolicach strefy zmian mam dość poważny kryzys . Już nie byłem w stanie uśmiechać się do kibiców, odmachuję tępo, ale oni i tak mnie dopingują. Wbiegam do cienia i robi się trochę lepiej. Nie mam wyjścia muszę biec. Teraz biegnę bezsensu do przodu … kiedy będzie nawrtoka? Mogłem przejechać, przeanalizować trasę biegu, a tak biegnę w ciemno.

Droga na starówkę jest potwornie długa, na szczęście większość jej jest w cieniu. Po drodze widzę wracających ludzi, którzy są w stanie agonalnym, chcę być tam gdzie oni, ale chcę być w lepszym stanie. W oddali słychać karetkę. W końcu wbiegam na rynek. Droga wśród posilających się ludzi w restauracjach jest ogrodzona, którzy przerywają posiłki, żeby zamówić kolejną "SUPA!! SUPA!!" i wzywają kelnera klaszcząc w dłonie. Robią to głośniej kiedy do nich macham. W końcu widzę nawrotkę. Pod dzwonem nie omieszkam pociągnąć za sznurek i dać do zrozumienia, że oto właśnie pod nim przebiegłem! Skąd biorę na to siły … nie wiem. Dobrze teraz przynajmniej wiem jak wygląda trasa. Jeszcze raz do Klumpendorfu, jeszcze raz rynek i usłyszę "Jakub Bielecki you are an ironman". Jeszcze tylko 26 km. Ile? Przecież to absurd. Chce mi się płakać i obrazić się na cały zły świat. Co ja w ogóle tutaj robię. Po kilku kilometrach widzę Przemka. Mam nad nim spory zapas. Strzelam do Niego z palców ułożonych w pistolet. Już mnie nie dogoni, to jest wiadomość, którą mu wysyłam. Gdyby tylko wiedział jak "dobrze" się czuję, ale przecież nie mogę dać ciała. Zbyszek Mazurczyk, uczestnik Ironmana na Hawajach (mistrzostwa świata), powiedział kiedyś że maraton na Ironmanie to zawsze rzeźba. Nie jest łatwo, trzeba ciosać swój kawał drewna.

Znowu okolice strefy zmian. Kręta droga z podbiegami i zbiegami. Nie lubię tego. Przebiegam pod mostkiem i widzę tabliczkę z napisem "21 km". Jestem już w połowie tego wulgarnego i przykrego przedstawienia. Droga do Klumpendorfu jest urozmaicona prysznicami serwowanymi przez właścicieli domków nad jeziorem. Co za ulga. Krzyczę do ludzi "Auf den Kopf (na głowę)", którzy spełniają moje błagania. Kolejne kilometry. Biegnę i jest dobrze. Jem żele i batoniki od których bolą mnie już zęby (źle reagują ze słodkim). Niedługo nastanie 30 kilometr. Maratońska ściana. Ja nie będę miał muru, przeanalizowałem moje odżywanie na trasie. Piłem kolę - zastrzyk cukru i kofeiny, jadłem żele i batoniki - cukier, piłem izotonik - elektrolity i energia. Nie mogę mieć kryzysu, mogą złapać mnie skurcze, ale nie złapią! Nie ma mowy, nie po to dmuchałem tyle kilometrów, żeby teraz coś mi się stało. Kryzysie łapy precz ode mnie!

Przed nawrotką dostrzegam mojego dzielnego tatę, który cały ten czas latał za mną z aparatem. Tato, szacunek! Zostało już niewiele do końca. Już jestem po połowie, teraz będzie z górki. Widzę Darka Sidora, autora pomysłu IM2010, dzięki któremu jestem na miejscu, biedak idzie. "Darek! N**dalaj" próbuję go bojowo nastawić. W zamian słyszę "Dasz radę!". Dam radę, dam radę, wiem, że dam … już tylko kilka chwil i meta. Teraz znam trasę, będzie łatwiej. 30 km … nie mam kryzysu, nie będę miał. Nie ma mowy!

Kolejny raz ten okropnie długi dobieg do rynku. Chce piwa, chce się zatrzymać, chcę przejść chwilę, ale jedyne chwile w których idę, to paśniki. Polanie wodą, łyk izotonika, batonik lub żel na drogie i dalej. Podobno zatrzymanie się podczas biegu jest najgorsze, bo wtedy ciężko zmusić się do ponownego truchtu, ale trening, rozpisany przez Mikołaja, dał efekt i po każdej strefie biegnę na nowo, choć łatwo nie jest. Dzwon na rynku … teraz pozostaje już tylko pruć do mety. Zostało 7 km. Ciekaw jestem ile Przemek jest za mną. Spotykam go wcześniej, niż na poprzednim kółku, pojawia się obawa, że mnie dogoni, ale on sam ucina wątpliwości posyłając mi teatralnym gestem całusa i życząc mi szybkiego końca. Obawy jednak pozostają i przyspieszam. Zostało już niewiele. Gazu! Na paśnikach nie biorę jedzenia, tylko kilka łyczków izotonika, ale nie za dużo. No i w końcu znowu zaczynam przez nie przebiegać. Już ostatni … ten pod mostem. Łup woda na głowę i gazu. Teraz ten zły odcinek z zakrętami. Pytam się wolontariuszy gdzie jest "Ziel". Mówią, że jeszcze trochę. Przebiegam znacznik 21 km po raz trzeci, to już powinno być gdzieś tutaj. W końcu jest! Na ostatnim paśniku. Woda na głowę i wbiegam na niebieski dywan. Kibice szaleją, przybijam piątki i staram się zapamiętać jak najwięcej z tego krótkiego odcinka, kiedy już nic złego stać się nie może. Wiem, że dobiegnę. Piątka! Słyszę spikera "Jakob Bielecki from Poland". 10:27:05! 426 na mecie. Poprawiłem się w biegu o 230 miejsc.

Na mecie nawet nie mam siły się popłakać. Opieram się o ławkę, nogi się chwieją. Polewam się wodą, odmawiam pomocy od wolontariuszki: "I'm ok., but I have to rest and lye a bit". Wolontariuszka zostawia mnie w spokoju. Teraz medal. Mam na tyle dużo świadomości, żeby zdjąć czapkę przed założeniem medalu (na pierwszym triatlonie najpierw dostałem medal, a po dopiero po chwili zdjąłem czapkę). Medale są dwa: jeden "ze złota", drugi jest "piernikowy". Próbuję wyjść ze strefy końcowej, ale nie idzie łatwo. Mięśnie są jak z waty i trochę się chwieję. Kolejny wolontariusz chce mi pomóc. Już ja wiem co on proponuje! Kroplówkę! Nie ma mowy! WON! Dam sobie radę, muszę tylko usiąść i sekundę odpocząć. Piwko, jedzonko i odpoczynek, teraz to mnie czeka.


Powrót

 

Aktualności .::. Zawodnicy .::. Galerie .::. Artykuły .::. Terminarz .::. Wyniki
Sztuka Biegania .::. Sztuka Kadru .::. Strona główna
Copyright © 2005-2011 ENTRE.PL Team